poniedziałek, 30 listopada 2015

Deathgasm - For Whom The Bell Tolls


Deathgasm

 

ROK: 2015  GATUNEK:  Horror/Komedia  KRAJ: Nowa Zelandia

Lubicie mroczne horrory okraszone dobrym dowcipem? Demony, lejąca się litrami posoka, poodrywane kończyny, piła mechaniczna i naiwna blondyneczka. Dla mnie to opis idealny dla typowego, dobrego straszaka, a przynajmniej horroru wartego sprawdzenia. A gdyby tak do tej nowozelandzkiej mieszanki dołożyć jeszcze dwóch spragnionych wrażeń metalowców? Brzmi już co najmniej niestandardowo.
Cóż strasznego może stworzyć dwóch nastoletnich chłopaków szukających w muzyce ucieczki od problemów codziennego życia?  - Z pewnością muzykę szatana!


Nastoletni Brodie przez ćpającą na umór matkę zmuszony jest zamieszkać w domu bogobojnego wujostwa, w małomiasteczkowym Greypoint. Nieakceptowany przez rodzinę i nielubiany w nowej szkole ze względu na ubiór i pasję do metalu, chłopak szuka pocieszenia w muzyce. Prześladowany na każdym kroku przez rówieśników i własnego kuzyna Davida, zaprzyjaźnia się z równie odstającymi nerdami, Giles'em i Dionem, dla których rozrywka kończy się na planszowych grach RPG. Ponadto wpada w oko dziewczynie Davida, blondwłosej piękności o imieniu Medina.



Pewnego dnia w pobliskim sklepie muzycznym, poznaje Zakka. Zatwardziałego fana ciężkich brzmień. Idealnego kompana, z którym może w pełni gloryfikować swoje zainteresowania i założyć metalowy zespół Deathgasm.
Spragnieni przygód włamują się do domu emerytowanego rockera Rikkiego Daggersa i niespodziewanie wchodzą w posiadanie tajemniczej tabulatury oznaczonego głową szatana. Wpadają na pomysł stworzenia z niej głównego kawałka swojej kapeli. Nie zdając sobie sprawy, że zapisana na kartkach muzyka to "Czarny hymn", który ma posłużyć do ściągnięcia na Ziemię Aelotha. Odgrywają w garażu wuja ciężką melodię, a mieszkańcy miasteczka zostają opętani przez żądne krwi demony.



Oglądając ten film bardzo ciężko nie pokusić się o porównania do "Martwego zła", czy "Martwicy mózgu". W końcu gatunek bardzo zbliżony. Do tego to, co bardzo lubię w tego typu produkcjach, czyli brak znanych, zużytych do granic możliwości wizerunków nagminnie eksploatowanych aktorów. Powiew świeżości! Prosty, nietuzinkowy pomysł i niski budżet produkcji przekładający się na całościowo świetną komedię gore. To dla mnie przekłada się na zacny materiał.
Reżyser Jason Howden, nie kryje czerpania inspiracji z wczesnej twórczości Petera Jacksona. Ponadto miał okazję współpracować z nim podczas zdjęć do "Hobbita", jako spec od efektów wizualnych. Zaintrygowani? Dołożę do pieca wspominając, że "Deathgasm" wygrał miejscowy konkurs "Make my movie horror", w którym oceniane były jedynie pomysł na film i okładka. Pokonując pół tysiąca przeciwników zagarnął 200 000 nowozelandzkich dolarów, co pozwoliło na stworzenie pełnometrażowej, debiutanckiej produkcji.
Howdenowi nie można odmówić również miłości do metalu. Widać znajomość tematu i pasję, jak również uwielbienie dla horrorów, które jako dzieciak podziwiał w wypożyczalni kaset wideo nowozelandzkiego miasteczka. Czy można dopatrywać się tutaj pewnego rodzaju autobiografii? Odpowiedź pozostawiam czytelnikom.



Czego oczekiwać po "Deathgasm"? Z pewnością nie jest to produkcja dla ludzi, których razi widok krwi na ekranie, czy muzyka metalowa. Jest to film pełen latających flaków i brutalności w przebojowym, lekkim stylu. Śmieszny oraz nielogiczny, ale w tym jego urok. Do tego okraszony świetnymi dźwiękami. Polecam miłośnikom dobrych horrorów. 
Wady? Nie chce mi się ich tutaj dopatrywać :)



Moja ocena: 8/10




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz